Świat kobiety

Oczy(wiście)

Ten pierwszy raz podciął mi nogi z korzeniami:

– Nie mam dla Pani dobrych wiadomości – dziecko ma uszkodzone nerwy wzrokowe w obu oczach.

Wtedy miałam wrażenie, że to mi się tylko śni. Bo przecież takie rzeczy nie mogą dziać się naprawdę.

– Ale co to znaczy? – zapytałam, bo miałam nadzieję, że to tylko moja głowa projektuje jakiś czarny scenariusz.

– No nie wiem, czy Pani syn coś widzi, czy będzie widział, a jeśli będzie widział to ile – mówiła okulistka tuż po badaniu.

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to jednak nie są głupie żarty w stylu „prima aprilis”.

Po policzkach pociekły mi łzy.

– A to się leczy? Może konieczna jest operacja? – dopytywałam jeszcze.

Okulistka spojrzała na mnie jak na kretynkę i z pobłażaniem dla mojej niewiedzy powiedziała:

– No z nerwami to już się nic nie da zrobić!

Łzy zaczęły lecieć ciurkiem.

– To co my mamy zrobić? – pytałam rozpaczliwie.

– Za pół roku kontrola w jakimś ośrodku – ton cały czas nie zostawiał wątpliwości, że moja ignorancja w temacie jest dla niej imponująca. To powiedziawszy okulistka … odwróciła się na pięcie i poszła zostawiając mnie taką roztrzęsioną na szpitalnym korytarzu.

Łzy lały się ze mnie strumieniem. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie mogłam się ruszyć, więc stałam tam jakby mnie zabetonowało.

Dopiero ordynator widząc takie stojące na środku nieszczęście, zgarnęła mnie do siebie na rozmowę.

…………………………………..

Drugie spotkanie z okulistą miało dać nam odrobinę nadziei. Tak sobie tłumaczyliśmy. W końcu to WIELKI OŚRODEK MEDYCZNY i podobno WIELKI EKSPERT. Łaskawie zgodził się zrobić dla nas wyjątek i  zaszczycić nas swoją obecnością. W dniu, kiedy miał swój dyżur, my akurat walczyliśmy z papierologią i formalnościami mającymi nam umożliwić szpitalny pobyt. Stąd nasze drogi podążały tymi samymi korytarzami, ale w różnych kierunkach.

Nic dziwnego, że później czekaliśmy prawie jak na audiencję u Papieża. Chociaż podejrzewam, że do tego drugiego dostać się byłoby dużo prościej.

W końcu przyszedł, ciągnąc za sobą świtę pielęgniarek. Nie wiem dlaczego skojarzyły mi się wtedy z … gejszami.

– Pani przygotuje dziecko do badania – usłyszałam.

Rozejrzałam się po pielęgniarkach, ale żadna się nie ruszyła.

Aaaaaa, to chyba do mnie – zaskoczyłam.

– To znaczy co mam zrobić? – dopytywałam.

Bóg Okulistyki zerknął na mnie jak na wariatkę.

– No proszę położyć tu dziecko i przytrzymać – burknął.

Byłam w takim szoku, że jak szeregowy w wojsku odłożyłam mózg i posłusznie wykonałam rozkaz. Położyłam Borsuka na łóżku i przytrzymałam mu ręce. Borsuk wierzgał nogami. Nie pamiętam czy Bóg Okulistyki zerknął znacząco, czy głośno zwrócił uwagę na fikające borsucze odnóża, więc tata Troll wziął je w dyby.

I wtedy przeżyłam szok.

Boski Okulista podszedł i bez informowania nas co i po co będzie robił, założył dziecku metalowe „rozwórki” do oczu. Takie gigantyczne kleszcze. Powieki rozsunęły się, oczy wytrzeszczyły, a Borsuk wpadł w szał. Stałam tam jak zahipnotyzowana i nie mogłam się ruszyć. Byłam w takim amoku, że nie wiedziałam co mam zrobić, jak zareagować. Tata Troll odwrócił wzrok, a Boski jak gdyby nigdy nic rozpoczął badanie.

Gdy zdjął te metalowe narzędzia tortur, wycisnął morze żelu na powieki Borsuka i jeździł jakimś przyrządem wykonując USG.

Kiedy skończył, siadł przy swoim biureczku i zaczął coś skrobać długopisem po kartkach. Potem wstał i … ruszył w kierunku drzwi.

Myślałam, że śnię! Ale to liczne pobyty w szpitalach nauczyły mnie, żeby nie czekać na łaskę lekarzy, tylko samemu dopytywać. Nawet po kilka razy. To o takich ludziach jak ja lekarze mówią potem „rodzic roszczeniowy”.

– Przepraszam, ale czy moglibyśmy się czegoś dowiedzieć – rzuciłam do oddalających się pleców Boga Okulistyki.

Zatrzymał się z ręką na klamce. I chyba zreflektował, że zapomniał o jakiejś dupereli.

Aaaaa rodzice!

– No są szczeliny w nerwach – powiedział, a potem poleciał tym swoim naukowym slangiem. Zaczęłam się  zastanawiać, czy on nadal mówi po polsku.

– Czy syn będzie widział? – przerwałam tę kakofonię, chcąc jak najszybciej dojść do konkretów.

– Na centralne widzenie nie ma szans, może coś obrzeżami, ale nie robiłbym sobie wielkich nadziei. Pisanie w szkole, czytanie – wykluczone. Może będzie można korygować później okularkami, ale to niewiele da – „podbudowywał” nas Boski Okulista.

– A może jeszcze zrobić badanie na potencjały wzrokowe – zasugerował tata Troll.

– Potencjały? Bez sensu – odpowiedziało pogardliwie Bóstwo.

No jasne połóżcie się i nic nie róbcie.

A we mnie coś się wtedy zagotowało: „Ja ci gnojku pokażę! Za jakiś czas przyjadę tu do ciebie z Borsukiem i udowodnię jak się cholernie mylisz” – pomyślałam sobie, bo już nie chciało mi się dla kogoś takiego strzępić języka.

………………………………………

– Hello, we have a meeting with Dr Klaus – powiedziałam moim kalekim angielskim do niemieckiej rejestratorki w okienku.

Spojrzała na mnie dziwnie. Cholerka chyba coś walnęłam, pomyliłam jakieś słówko? I nagle zaskoczyłam:

– O sorry with Dr CLEMENS! – poprawiłam się.

Pani z okienka miotała się nie mogąc znaleźć naszych papierów.

– Ona chyba ma polskie korzenie, bo z niemieckim porządkiem to raczej ma niewiele wspólnego – żartowałam sobie.

Pani była przemiła. Nie przeszkadzało jej, że nie mogła znaleźć naszej karty, ani że zamiast paszportu daliśmy jej akt urodzenia Borsuka. Zanim dotarliśmy do doktora Clemensa (a raczej zanim on dotarł do nas z sali operacyjnej), byliśmy „na testach”. Towarzyszyła nam pracująca tam Polka – doktor Michalak. Miała robić za tłumacza, ale przynajmniej jeśli chodzi o Borsuka, okazała się zbędna.

Zanim niemiecka pani doktor pomachała Borsukowi różnymi tabliczkami z obrazkami, misiami, piłeczkami, żarówkami i oczami na patyczkach, pomiziała go po bosej stópce (Borsuk notorycznie zrzuca skarpetki) i zaczęła z nim rozmawiać.

A jakże by inaczej… w swoim rodzimym języku!

A Borsuk jak to Borsuk… podjął temat. Zaczął gulgotać, gruchać, pierdzieć buzią, śpiewać, krzyczeć. Dogadywali się idealnie.

Nie wiedziałam, że Borsuk zna niemiecki!

Potem w formie zabawy poruszała tymi wszystkimi gadżetami sprawdzając zasięg jego wzroku.

Jakże cudowna odmiana po polskich doświadczeniach.

Przed pojawieniem się lekarza, udało nam się też porozmawiać z doktor Michalak. Kiedy opowiedziałam jej o moim „szoku rozwórkowym”, pokiwała głową i powiedziała:

– Tak wiem, wygląda to strasznie, dlatego staramy się oszczędzić tego widoku rodzicom, ale zapewniam, że podajemy dzieciom krople znieczulające i zupełnie ich to nie boli.

Gdy zjawił się doktor Clemens, przeżyłam mega zaskoczenie. Mówi się o nim, że to jeden z dwóch najlepszych okulistów na świecie (drugi jest w Bostonie). Po naszych polskich ekscesach spodziewałam się zarozumiałego bufona. A zjawił się bardzo skromny pan w średnim wieku.

Tak jak poprzednicy, założył Borsukowi do badania „rozwórki”, tylko, że te niemieckie bardziej przypominały… spinacze biurowe. Nie były tak koszmarne z wyglądu, ani z działania. Borsuk nawet się nie poruszył. Może to za sprawą chusty, w którą był opatulony (jakoś w Polsce nikt nie pomyślał o zapewnieniu dziecku poczucia bezpieczeństwa), a może po prostu nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

Borsuk czuł się jak na wakacjach.

My też.

Zero stresu.

Kiedy badanie się zakończyło, doktor odpowiadał na każde nasze pytanie. I nie przewracał oczyma nawet, gdy pytaliśmy o rzeczy z dziedziny science-fiction. Poświęcił nam tyle czasu ile potrzebowaliśmy. I w odróżnieniu od polskich fachowców nie pozbawił nas nadziei.

Powiedział, że wygląda to dobrze.

Więc stymulować Borsuka i kontrolować.

Już teraz rozumiem dlaczego Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek grają w Bundeslidze.

Czy Niemcy mają jakiś swój NFZ?

Bo ja bardzo chciałabym się tam zapisać.

4 komentarze

  • Reply
    jadwiga
    17 marca 2014 at 14:32

    to co chciałabym napisać raczej się nie nadaje do napisania, bo…. wiec tylko napiszę jedno, był taki malusi chłopczyk który się urodził dużo za wcześnie i ważył kilkaset gram nawet nie kilogram i tylko wiara matki i ojca w to, ze dziecko przeżyje, ich nadzwyczajna cierpliwość i miłość doprowadziły do tego, że synuś żyje, ma się dobrze i rośnie już chodzi i jest wspaniale rozwijającym się dzieckiem, nigdy nie należy wątpić, a wasza miłość pomoże mu w walce o zdrowie, Kocham Was i bardzo trzymam kciuki
    Babcia Jadzia

    • kate
      19 marca 2014 at 13:57

      Rodzice jak rodzice, ale ile siły i wytrwałości mają te maluchy… Dzięki Babciu Jadziu za kopa energetycznego 😉

  • Reply
    D
    18 marca 2014 at 13:01

    Niestety szpital w Leśnej Górze nie istnieje… Nie warto jednak robić wyścigów z podawaniem przykładów kto ma gorzej albo kogo obsłużono gorzej w zasadzie za nasze pieniądze. Życzę SIŁY w walce… z pewnością będzie dobrze!

    • kate
      19 marca 2014 at 13:59

      dokładnie, ale zderzenia ze ścianą dają do myślenia.
      pozdrawiamy

Leave a Reply