Świat kobiety

Cudowne dziecko

Dzieci są cudowne.

Z założenia.

I byłoby wszystko ok, gdyby potem nie spaskudzili ich rodzice.

Ci to czasem lecą po bandzie.

No ja też święta nie jestem, aureolka nad głową mi nie wisi, ale staram się przynajmniej trzymać środka.

Dzieci są cudowne jeśli wszystko idzie po ich myśli.

Ale spróbujcie tylko zboczyć z trasy…

Cały armagedon zaczyna się, gdy nagle stajemy na ich drodze i mówimy:

-Nie kochany/kochana, teraz odkładamy zabawki i idziemy się ubrać…

I wtedy kochane maleństwo zamienia się w… demona.

Wrzeszczy, kopie, rzuca się, miota, a czasem nawet wali głową w chodnik. Królem tej ostatniej dyscypliny był w dzieciństwie mój brat, teraz już stary koń. Strupy na czole, to był stały element jego twarzy, tak jak oko, czy ucho.

A wszystko przez to, że Stary/Stara coś tam sobie ubzdurali.

Wychowanie dziecka to baza.

Czasem jak przez kalkę powiela się stare, znienawidzone schematy.

Jeśli jeszcze się na tym łapiemy i uświadamiamy sobie, że to nie MY, to ONI, to ok.

Zawsze można wycofać się z linii wroga.

Najgorzej, gdy lecimy jak bezmózgie Yeti.

Wtedy działa zasada: kopiuj-wklej.

Lub jeszcze gorzej: kompania, zarządzam w tył zwrot.

I to dopiero jest porażka!

Ci, którzy byli rozpieszczeni – próbują wprowadzić odrobinę dyscypliny. I zazwyczaj kończy się to śmiechem na sali, bo wypadają w tej roli jakoś mało wiarygodnie.

Ci, którzy próbują wprowadzić wojskowe koszary – sami powinni się leczyć, bo to już trochę niebezpieczne zjawisko.

Ci, którzy całe swoje dzieciństwo byli traktowani jak kadeci, zazwyczaj starają się swoim dzieciom poluzować. Niestety czasem za bardzo. I wtedy z bezstresowego wychowania powstają… prawdziwe diabły z rogami.

Jednego takiego poznałam, gdy byłam jeszcze na studiach. Szłyśmy z koleżanką deptakiem, gdy spotkałyśmy go razem z matką. Matkę znałyśmy, jego jeszcze nie.

Zatrzymałyśmy się chwilę, żeby pogadać. Matka wyjęła kręcącego się szkraba z wózka.

A to kochane, cudowne, malutkie dziecko po wyjściu z pojazdu najpierw… opluło moją koleżankę, a potem okopało mi kostki.

Matka – nic.

Zero reakcji.

Jakby nie widziała.

Byłyśmy w takim szoku, że aż nas przytkało.

Diabeł tymczasem latał po deptaku jakby mu ktoś petardę w spodenki włożył.

Przy kolejnym spotkaniu Belzebub oszczędził co prawda moje kostki, ale za to skopał mi auto.

Matka nadal jak głaz.

Za trzecim razem siedzieliśmy z Trollem u nich w domu. Diabeł (nadal z petardą w portkach) latał po korytarzu i terroryzował hałasem całą kamienicę.

Widocznie jednak latanie po piętrach i brak uwagi ze strony rodziców, był dla Belzebuba na tyle nie do zniesienia, że postanowił o sobie przypomnieć.

W tym celu wziął zabawkowy pistolet i z całej siły cisnął nim w stronę matki. Jakieś pół kilo wirującego plastiku, poszybowało w powietrzu i uderzyło w kieliszek, który jego matka trzymała akurat w ręku (właśnie wznosiliśmy toast za ich nowe mieszkanie). Szampan opuścił miejsce pobytu i wylądował na matce i ojcu Belzebuba.

Ojciec wstał i ryknął, wołając go do siebie.

Po nim wstała matka, wrzeszcząc na ojca, że ma nie wrzeszczeć. Potem podeszła do Belzebuba, przytuliła go i słodkim jak cukier trzcinowy głosem powiedziała:

– XYZ (tu padło imię dziecka), ale tak nie wolno robić…. – i zaczęła słodzić jakby dziecko zrobiło najcudowniejszą rzecz na świecie.

My byliśmy zdezorientowani.

No bo jak to?

Dziecko wali w matkę zabawkami jak żołnierz na poligonie, a ta głaszcze go po głowie i tylko patrzeć, żeby jeszcze zaraz z kredensu wyjęła jakąś słodką nagrodę.

A Belzebub nie dość, że nie wie że zrobił źle, nie ma czasu przemyśleć swojego zachowania, to na dodatek nie ponosi za to żadnych konsekwencji, czyli nie uczy się działań przyczynowo-skutkowych.

Myślałam, że to wyjątek.

Ale odkąd sama mam dziecko, widzę, że demony rozmnożyły się po świecie.

Leją się z rówieśnikami, na potęgę. Ale nie tak jak to było kiedyś: że dostało się z łopatki, gdy zabrało się koledze wiaderko, którego właśnie używał. Potem lejący miał takie wyrzuty sumienia, bo zadziałał impulsywnie, że trzeba było jeszcze i jego płaczącego uspokajać.

Teraz dzieci leją się jak w MMA! Gryzą, kopią, pchają się, a nawet skaczą po sobie.

Spróbuj teraz wziąć coś od innych dzieci w piaskownicy. To narobią wrzasku na pół osiedla jakbyś je ze skóry obdzierał, a nie pożyczał foremkę lub auto. Potem oczywiście jeszcze podbiegnie, wydrze Ci to z ręki krzycząc: TO MOOOOOOOOOOOJEEEEEEEEEEEE!

Borsuk na tym tle wygląda jak nie z tego świata.

Ale i on potrafi się wnerwić.

Staram się to pacyfikować w zarodku.

Czasem wystarczy powiedzieć zdecydowanie: Stop! Nie pozwalam!

Czasem trzeba odebrać to, co wywołuje atak szału.

Czasem wystarczy odwrócić uwagę.

Czasem nie obywamy się bez 2 minut na krzesełku.

Czasem wystarczy jakiś wasz sprawdzony, domowy sposób.

Na 3 urodzinach Pana Jana, Borsuk się zdenerwował.

Widziałam, że idzie całkiem solidny nerw. Gdy zaczynał się rozkręcać, wzięłam go za ręce i mówię:

-Borysku, widzę, że idzie duża złość, chodź wytupiemy ją!

Borsuk stał i najpierw niechętnie zaczął przebierać nogami.

-Oooo coś mi się wydaje, że to większa złość, potupiemy mocniej?

Borsuk potupał parę razy… i zaczął się uśmiechać.

Całą nadciągającą złość… szlag trafił.

Ja wróciłam do rozmowy z mamami, a Borsuk do zabawy.

Dziewczyny patrzyły na mnie jak na kosmitkę.

-To działa??? – nie dowierzały – Ja też tego spróbuję!

No działa!

Tylko trzeba takie swoje małe „czary – mary” wprowadzać od samego początku.

Wszystkim rodzicom świętujących właśnie 3 latków (Pana Jana, Milenki, Zojki) życzę wytrwałości, cierpliwości, radości.

Kiedy zagotuje się woda w Waszym wewnętrznym czajniku – zdejmijcie gwizdek.

Gdy macie ochotę walić głową w ścianę – medytujcie, albo zabarykadujcie się na 5 minut w kiblu.

I pamiętajcie, że dziecko jest jak lokata: ile włożysz tyle wyjmiesz.

A czasem zdarzy się cud i dostaniesz wypłatę….z bonusem.

 

 

 

 

 

2 komentarze

  • Odpowiedz
    jadwiga
    28 września 2016 at 13:32

    No właśnie, moja maleńka Agusia lat 3 (43 lata temu) na ul. Świętokrzyskiej położyła się waląc nogami o chodnik, bo chciała koniecznie pistol , a ja ze nie kupię waliła swoimi nóżkami waliła a ja poszłam, za drzewo się schowałam, malutka wstała i zawołała, Agusia już zdrowa, wyszłam wzięłam za rękę i poszłyśmy ze zdrowym dzieckiem dalej, nie ulegałam, niestety i ona to wiedziała.
    j

    • Odpowiedz
      kate
      28 września 2016 at 14:32

      A ja właśnie wyszłam z przychodni i znowu mi ręce opadają. Czego wymagać od matek, które nawet nie potrafią nauczyć dziecka, że jak się kaszle to trzeba usta zasłonić, a nie charać na pozostałych!

    Zostaw odpowiedź