Świat kobiety

Peru

Do dupy jest w Peru! – stękała Stenka w filmie.

Ja powiem więcej: nie tylko w Peru jest do bani! Tu też człowieka może szlag trafić.

Zwłaszcza jak Trollowi, który przekroczył pół roku temu Rubikon (lat 40), nagle zrył się berecik. Jest upierdliwy, flegmatyczny, marudzi jak stary, zmurszały grzyb.

Co dziwne wszyscy faceci, którzy wkroczyli w wiek średni zachowują się jak małpiatki! Jedni oglądają się za kusymi spódniczkami (masakra!), drudzy wybierają z konta wszystkie pieniądze, żeby kupić brykę, która za kilka miesięcy zgubi zawieszenie na polskich drogach, a „życzliwy” sąsiad niby to przypadkiem pociągnie mu kluczem po długości na czerwonym lub czarnym lakierze (żal!) i jest też typ trzeci, który reprezentuje Troll, który sam nie wie czego chce, więc marudzi profilaktycznie (porażka).

Jako, że 40stkę przekroczyłam zaledwie 4 dni temu, dopiero wdrażam się w temat.

Ale jeszcze nie spotkałam się z tym, żeby babkom w wieku średnim odbiło.

No dobra, niektóre może mając marudę w domu, stwierdzają, że czas najwyższy zadbać wreszcie o siebie i ruszyć na szalone wakacje z dużą ilością tańców, wina i męskiego towarzystwa.

Zazwyczaj jednak 40stka zmusza kobiety do refleksji długodystansowej.

Obserwując babki widzę, że po 40stce podejmują zwykle kroki, na które dotąd nie miały odwagi – wyjeżdżają na koniec świata, decydują się na dziecko, albo zmieniają swoje życie na takie o jakim marzyły – rzucają gary i wracają do pracy, albo rzucają tę którą mają – dobrze płatną w korpo i zamieniają na tańszą, ale za to nie siadającą na psyche.

To radykalne decyzje, bo już nie czas się rozdrabniać.

To tak jakby pomyślały: już spory kawałek życia za mną – po co marnować resztę!

Zrywają się więc ze smyczy, która je trzymała i mówią:

-No mała, wiśta wio, jak nie teraz to kiedy?

Mnie 40stka też kopnęła w tyłek.

Jestem z gatunku tych oszczędnych, więc zamiast raz na jakiś czas kupić sobie coś co mi skutecznie podniesie poziom endorfin i ogołoci stan konta, mówię sobie – a po co…przecież to takie drogie, a ja w sumie tego nie potrzebuję!

Więc chomikowałam jakieś grosze i nie miałam z nich żadnej przyjemności.

Teraz – w moim prywatnym roku egoizmu – stwierdziłam: nie ma takiego bata, który by mnie przegonił od mojego niezrealizowanego marzenia.

Chciałam zająć się aranżacją wnętrz.

A konkretnie home stagingiem – przygotowywaniem nieruchomości do sprzedaży.

I miałam gdzieś teksty: „A czy to się będzie opłacało?”, „Tu nie ma zapotrzebowania na takie usługi”, „Po co ci kurs, zacznij najpierw coś robić bez niego”.

Dzięki Ci kuźwa „rodzino” za wsparcie!

Wiedziałam, że na Ciebie zawsze można liczyć!

Im więcej słyszałam takich tekstów, tym mocniej upewniałam się że to zrobię.

Bo zwykle u mnie na gadaniu się kończyło.

Ale gdzieś po staremu – podświadomie odsuwałam tę myśl na bok.

Dopiero, gdy zrozumiałam, że jeśli nie wpłacę pierwszej części za szkolenie – nic się nie zmieni.

Szybko, bez żadnego zastanowienia puściłam przelew.

I poczułam ulgę.

Nawet świadomość, że jeszcze na kilka dni przed kursem mogę się rozmyślić, nie miała tu znaczenia.

Pierwszy krok został wykonany.

A ja nie lubię się cofać.

Klamka zapadła.

Mleko się rozlało.

Drugi przelew – wysłany tuż przez zajęciami już mnie nie bolał.

Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, żadnego moralnego kaca.

Wręcz poczułam kosmiczną przyjemność.

Zajęcia odbywały się w pięknym miejscu, w klimacie loftowym.

20160726_135936971_iOS

Zamiast siedzenia przy konferencyjnym stole, miałam wygodną, gigantycznych rozmiarów sofę, kwadrans na kawę wykorzystywaliśmy na dizajnerskie ploty, a przerwę obiadową na opowiadanie aranżacyjnych koszmarków, czy zdradzanie patentów na renowację mebli.

Byliśmy ze sobą od rana do wieczora.

Robiliśmy wspólne aranżacje sypialni, regałów, stołów, a przede wszystkim uczyliśmy się na własnych błędach.

To tam zastał mnie wiek średni.

Równo w połowie szkolenia.

Zamiast tortu przyniosłam ciasta od Sowy i miałam wrażenie że zrobiło się …  jak na koloniach.

Dni od rana do wieczora wypełnione były tonami wiadomości, nowymi koncepcjami i dziesiątkami przestawianych z miejsca na miejsce dodatków, byle cała aranżacyjna wizja miała nie tylko ręce i nogi,  ale też głowę i tyłek.

No dobra, czasem wychodziły nam też potworki, ale nie od razu Miss Świata stworzono.

Gdy wróciłam z Warszawy miałam w głowie chaos.

Nadal mam.

Ale wiem, że to jak z mieszkaniem – najpierw trzeba posprzątać, a potem wystawić na sprzedaż.

Jedno jest pewne – nie zamierzam patrzeć wstecz.

Teraz tylko zasuwam do przodu.

A kto za mną nie nadąży – jego strata!

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Helen
    13 września 2016 at 13:29

    No i super! Tak trzymać. Borsuk rośnie, a poza tym życie się ma jedno i nie można go nikomu poświęcać:)
    Życzę od razu zamożnych klientów:)

    • Odpowiedz
      kate
      27 września 2016 at 23:04

      tylko ja jakaś nieogarnięta jestem, i roztrzepana, i generalnie nierówno pod deklem mam….pewnie kiedyś się zgubię po drodze i potem będę się szukać, ale plan jest by wyjść na prostą 😉

    Zostaw odpowiedź