Świat kobiety

Czego oczy nie widzą…

Borsuk niedawno skończył 4 lata.

Urodziny jak każde inne.

Ale jakoś tak przed tymi urodzinami nastąpiło zagęszczenie jednej sprawy.

– Kawał niezłej roboty wykonaliście – mówili nasi znajomi przy różnych okazjach.

Patrzyłam na nich i… nie rozumiałam o co im chodzi.

No generalnie z grubsza kumałam, że o Borsuka, ale jaka w tym nasza zasługa?

Kiedy Borsuk miał nie więcej niż pół roku i był już po operacji kardiologicznej, a my właśnie weszliśmy na wyższy level pozbywając się z jego nosa sondy, która służyła do karmienia, usłyszałam to po raz pierwszy od lekarza.

Tego, który chwilę wcześniej poszerzał mu przełyk uciśnięty przez pierścień naczyniowy, utrudniający mu normalne jedzenie i oddychanie.

-Bardzo dużo już zrobiliście – mówił patrząc to na nas, to na Borsuka.

-Ale że co? – zapytałam głupkowato jakby moja edukacja zatrzymała się na pierwszej klasie podstawówki.

– No wykonaliście kawał solidnej pracy dla Borysa – tłumaczył niezrażony elegancki Pan Doktor.

– My??? – powiedziałam – Ale my nic nie robimy! A właściwie robimy to co wszyscy: kąpiemy, karmimy, przewijamy, kochamy.

– Jeszcze by się Pani zdziwiła… – powiedział enigmatycznie.

W sumie, to rzeczywiście  – gdy kładliśmy się na oddziale przed zabiegiem, do naszego pokoju dokwaterowano nam małą dziewczynkę.

Matka zapakowała ją do łóżeczka (one zawsze mnie przerażały, bo wyglądają jak klatki dla zwierząt), upchnęła torbę z rzeczami pod łóżeczko i z młodszym synem na ręku wyszła z sali.

Dziewczynka w łóżeczku się rozpłakała.

– Nie płacz kochana, mama zaraz przyjdzie – mówiłam do niej siedząc przy Borsuku.

Szpitale wiele człowieka uczą.

Np. tego, że nie wolno dotykać, a już broń Boże brać na ręce cudzych dzieci.

Nawet podanie smoczka, który upadnie na podłogę może obrócić się przeciwko Tobie.

Można będzie Cię wtedy oskarżyć o wszystko!

 

Pół roku wcześniej

…po operacji kardiologicznej, gdy siedzieliśmy przy łóżeczku miesięcznego Borsuka (odwiedziny bezpośrednio po operacji odbywały się tylko 2 razy dziennie, maksymalnie po 15 minut), leżąca obok dziewczynka na widok jednej pielęgniarki zanosiła się szlochem.

-No pij! – warczała pielęgniarka do dziecka – Ja tu wiecznie stać nie będę….

– Nie chcesz to nie! – mówiła po czym kładła butelkę z mlekiem na stoliku i wychodziła.

Ona znikała, a płacz dziecka zostawał.

Dużo obserwuję, a jeszcze więcej widzę… więc gdy sama odgrzewałam Borsukowi mleko w mikrofali, zaobserwowałam, że włożone tam na pół minuty było cholernie ciepłe.

Pielęgniarka wstawiała je na MINUTĘ!

To musiał być wrzątek, który dawała tej małej!!!

Dziecko najpierw nie chciało pić, bo było gorące, a potem płakało, bo było głodne.

Gdy przyszła jej mama i przynosiła dla niej jedzenie, dziewczynka uspokajała się i jadła.

Opowiedziałam jej  o moich obserwacjach.

Podziękowała.

Sama też chciałabym, żeby mi ktoś powiedział, gdyby mojemu dziecku działa się krzywda.

 

Pół roku później

Tymczasem młoda z naszej sali zostawiona przez matkę płakała tak, że aż z tego stresu zwymiotowała.

-Borsuk poczekaj chwilę – mówiłam przekładając go z mojego rodzicielskiego łóżka, w którym leżeliśmy do łóżeczka-klatki.

Tak zabezpieczonego zostawiłam w sali i pobiegłam do pielęgniarek.

-Czy mogłaby Pani zajrzeć do tej dziewczynki, która jest u nas w pokoju, bo tak płacze, że aż wymiotuje – mówiłam rozgorączkowana.

– Zaraz ktoś przyjdzie – odpowiedziała.

I rzeczywiście chwilę później pojawiła się pielęgniarka, która wzięła małą na ręce, przebrała i położyła z powrotem w łóżeczku.

Ona wyszła, a mała znowu w płacz.

„Gdzie jesteś?” – zadawałam sobie w głowie pytanie.

Może mąż w pracy, a ona sama musi ogarnąć dwójkę dzieci… może w ogóle nie ma faceta, który by jej pomógł i jedzie teraz przekazać młodsze dziecko jakiejś  cioci, czy babci, a sama niebawem wróci do szpitala do córki.

Minuty upływały, a jej nie było…

Młoda tymczasem płakała dalej…

Znów do wymiotów.

Bojąc się, żeby się nimi nie zadławiła, pobiegłam znów do pielęgniarek.

Chyba miałam wypisane błaganie w oczach, bo pielęgniarka po raz kolejny przebrała ją i tym razem wzięła ze sobą.

Pielęgniarki na zmianę nosiły dziewczynkę wykonując jednocześnie swoje obowiązki przy innych dzieciach.

Oczywiście na dłuższą metę tak się pracować nie dało.

Wymyśliły więc, że zamiast nosić ją na rękach, wsadzą ją do szklanego łóżeczka na stelażu z kółkami, którymi przewozi się małe dzieci na badania.

I tak na zmianę woziły ją od sali do sali.

Dziewczynka już nie płakała, a one nie musiały dźwigać.

Tego dnia matka małej  już się nie pojawiła.

Następnego dnia też właściwie cały dzień jej nie było.

Pojawiła się dopiero wieczorem.

Bez chłopczyka.

Za to z wkurwem wypisanym na twarzy.

Mała nie miała najlepszego dnia.

Popłakiwała, marudziła.

A matka nie ułatwiała sprawy.

Warczała na dziewczynkę, potem zaczęła pokrzykiwać, potrząsać nią, aż w końcu puściły jej nerwy i uderzyła małą po buzi.

Zwykle takie sytuacje mnie paraliżują.

Zapowietrzam się, sztywnieję i nie mogę się ruszyć.

Ani odezwać.

Ale tu nastąpiło takie przegięcie, że z moich ust samo wyskoczyło:

-Czy może się Pani uspokoić i przestać tłuc to dziecko!

Matka dziewczynki nie spodziewała się z mojej strony żadnej  reakcji, więc najpierw zatrzymała się jak w stopklatce, a potem burknęła coś pod nosem, czego miałam nie usłyszeć, ale co ewidentnie było jakąś wiąchą, którą cisnęła w moim kierunku.

-Nie pomyślała Pani, że może jej coś jest?- skoro już się rozpędziłam to brnęłam dalej.

O tym chyba nie pomyślała, ale jakiś proces ewidentnie zachodził pod jej włosami.

Gdy chwilę później do naszej sali weszła pielęgniarka, matka dziewczynki o coś ją zapytała.

Nie usłyszałam, bo postanowiłam już zostawić ją w spokoju, a sama też ogarnąć po tym zaskakującym nawet mnie wybuchu.

Pielęgniarka jednak zerknęła na dziecko i usłyszałam tylko:

-Zaraz zawołam lekarza.

Po chwili lekarz zajrzał do dziewczynki i zadecydował, że trzeba operować.

Bo przepuklina.

Ufff – odetchnęłam z ulgą.

Nie, że przepuklina, tylko raz,  że matka-wariatka już nie będzie siedzieć przy dziecku i będzie miała okazję pomyśleć i „odparować”, dwa – że moje rzucone w spontanicznym odruchu zdanie, przyniesie w efekcie dziecku ulgę.

No i ja przy okazji też się wyzeruję.

Dziecko pojechało na zabieg, a matka wyszła na korytarz.

Widocznie od emocji w pokoju było gęsto i nie wytrzymała ciśnienia.

Gdy dziewczynka wróciła po zabiegu na salę, matka weszła w rolę „do rany przyłóż”.

Z upływem czasu środki przeciwbólowe musiały przestać działać i dziecko zaczęło popłakiwać.

W matce z każdą minutą rósł nerw, ale gdy tylko spojrzała w moim kierunku, wyhamowywała.

Może miałam wzrok czającego się do skoku rysia gotowego przegryźć jej aortę…

Może cała wyglądałam jak stado rozpędzonych dzikich zwierząt, gotowych zeżreć ją do ostatniej kostki.

Miałam to gdzieś…

Więcej – mam nadzieję, że moją twarz z tamtego momentu będzie pamiętać do końca życia.

I jeśli już będzie chciała podnieść rękę na dziecko, to zaraz pacnie się nią sama w głowę.

 

Kiedy więc w ostatnim czasie słyszałam z takim natężeniem, że tyle przez te 4 lata dla Borsuka zrobiliśmy, że zrobił takie postępy, że to nie to samo dziecko to ja…  NADAL nie wiem o co chodzi.

 

Robimy to co zwykle – przebieramy, karmimy, wozimy na zajęcia, przytulamy, kochamy.

Wszyscy rodzice to robią…

Chyba…

 

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź