Świat kobiety

Biznes

Nie mogłam już patrzeć na borsuczy pokój. A właściwie norę, bo żeby się dostać do środka trzeba się było przeciskać jak Kubuś Puchatek usiłujący wyleźć z domku Królika po zeżarciu mu całych zapasów miodu na trzy pokolenia w przód.

Całe pomieszczenie zawalone było zabawkami.

Skąd one się wzięły?

Cholera wie.

Część –  po dzieciach mojego kuzyna, trochę (pffff trochę!) dowiozło „dziadostwo”, kilka dokupiliśmy sami, a reszta… no nie wiem – albo rozmnożyła się przez pączkowanie, albo przez klonowanie.

Innego wyjaśnienia nie ma.

Więc kiedy po raz trzydziesty czwarty pieprznęłam nogą w stolik edukacyjny, dwudziesty drugi nadepnęłam na małe autko i sto czwarty raz prałam tabun pluszowych zwierzaków – powiedziałam dość.

– Borsuk, robimy porządki w zabawkach!

Sprawę przeważył wibrujący piesek, którego Troll kupił dawno temu z nadzieją, że Borsuk razem z wędrującym i trzęsącym się jak w ostatnim stadium delirki czworonogiem nauczy się chodzić.

Borsuk nauczył się chodzić bez pieska.

Zwłaszcza, że galaretowaty kundel doprowadzał Borsuka do łez.

Nie wiadomo czy bardziej go irytował czy straszył.

A to już przesądziło sprawę.

Wytłumaczyłam, że posegregujemy rzeczy i zostawimy tylko te, którymi się bawi, a te którymi już nie – sprzedamy dzieciom, które się z nich ucieszą.

Boro zgodził się na ten deal i zaczęliśmy odgruzowywanie.

– Będziesz się tym bawił? – pytałam pokazując kolejne zabawki.

– Tak – odpowiadał Boro.

-To chowaj na półkę.

– A tym? – dopytywałam.

– Nie – kręcił głową Borys.

– To do niebieskiego wora.

Tym sposobem pozbyliśmy się całego nadprogramowego zestawu.

Zrobiłam też przeciąg w szafie z małymi ciuchami.

Cały ten zestaw pojechał na Bejbi Szafing.

– Jak to działa? – dopytywałam na miejscu – przykleja się jakieś ceny? Za ile się tu wystawia?

Normalnie błądziłam jak dziecko we mgle.

Bankier ze mnie jak z koziej d… trąba.

Podzieliłam sobie wszystko na kategorie.

Spodnie ze spodniami, tu kupka z kocami, tam w koszyczku bodziaki, a zabawki w kartonach (oczywiście stylizowanych na oklejone starymi czarno-białymi gazetami, bo wiadomo matka Home Stager, to kartony po chińskich zupkach czy proszku z dyskontu nie spełniały moich standardów wizualnych).

Myślę, że dzieciaki akurat wygląd kartonów miały w głębokim poważaniu, za to ich zawartość pochłonęła ich bez reszty.

W półtorej godziny opędzlowały mi towar prawie do zera.

Dzieciaki szczęśliwe, ja z puszką drobniaków.

Ciężką puszką.

Obiecałam Borce, że za sprzedane zabawki kupimy jedną nową.

Jedną!!!

Umowa umową, więc dziś ruszyliśmy na podbój sklepu.

Borsuk wpadł jak do lunaparku. Normalnie taki zabawkowy Disneyland.

Nie wiem czy on ma wszczepionego jakiegoś Bebo-czipa, ale szósty zmysł pokierował go od razu do konkretnej półki, mimo, iż w tym sklepie był drugi raz w życiu.

Ostatnio – ze 2 lata temu.

Pieska Bebo dostaliśmy w prezencie, robocika Bebo kupiliśmy z drugiego obiegu, bebo-autko zasponsorował dziadek.

Teraz Borsuk stwierdził, że nie ma jeszcze maty z Bebo.

Gdy zobaczyłam cenę, dostałam oczopląsu i na klacie przysiadło mi na moment stado słoni.

Ale wiadomo – jak dziecko coś sobie wkręci to nie ma zmiłuj.

Z drugiej strony obiecałam JEDNĄ zabawkę.

Jako że w sklepach z tego typu produktami nie bywam, to i nie wiedziałam, że przed przekroczeniem progu dla zdrowia psychicznego ustala się limit cenowy.

Borsuk aż dostał wypieków na twarzy.

Próbowałam nawet fortelu.

– Borsuk zobacz jaki fajny jeździk.

Nie dał się wziąć pod włos.

Mina mówiła wszystko: „Bez Bebo nie wyjdę i nawet nie próbuj mi tu wciskać ciemnoty”.

Cóż było robić Maters ani pisnął, podszedł do kasy i zęby zacisnął.

Ogołocił mnie z tego co zarobiłam do zera!

Ja wiedziałam, że pieniądze się mnie nie trzymają.

Za to Borsuk ma zadatki na ministra finansów.

I to takiego bez dziury w budżecie.

 

 

 

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź