Świat kobiety

Zombieland

Podobno najbardziej niewyspane są matki karmiące.

Te, które co 3 godziny wstają do ledwo co narodzonego malucha.

Pamiętam ten czas jakby to było wczoraj.

18:00

21:00

północ

3 nad ranem

6:oo

I jeśli kobieta karmiąca butelką lub piersią będzie narzekać na ten system, to sama pacnę ją łapką na muchy.

Gorzej mają takie jak ja, które dowiadują się, że dziecko ma cały zestaw „atrakcji”, które dopiero trzeba będzie zlokalizować, więc z tej nieświadomości siwiejesz, tracisz rozum i pokarm.

I parafrazując niejakiego księdza Natanka „Jeśli przy twoim dziecku lekarze zaczynają wymieniać między sobą znaczące spojrzenia, wiedz że coś się dzieje”.

Gdy wróciliśmy ze szpitala do domu i mimo wszystko próbowaliśmy żyć w miarę normalnie, stawałam na rzęsach żeby wszystko jakoś ogarnąć.

Gotowanie obiadów odpuściłam sobie już po tygodniu, bo zajęć miałam tyle, że nie wiedziałam w co najpierw ręce włożyć.

Już samo karmienie, to był armagedon.

Średnio godzinę do półtorej (!) zajmowało mi ściągnięcie pokarmu przy zestresowanej sytuacją laktacji.

Im bardziej się starałam, tym gorzej szło.

Najgorzej było nocą.

Po całym turbo-dniu, leciałam na autopilocie jak boeing.

Laktator elektryczny urywał mi cycki razem z płucami, mleko w butelce ledwo zakrywało dno, a tu termin gonił.

Po 90 minutach nierównej walki, udawało się zapełnić ją ledwo do połowy.

To czego nie ściągnęłam, musiałam dorobić – więc trzeba było włączyć podgrzewacz, wstawić wodę, by mleko w proszku mogło się w niej rozpuścić, umyć butelki, smoczki…

Pół godziny schodziło jak nic.

Gdy przychodziła pora karmienia, wpadałam w jeszcze większy stres, bo Borsukowi picie mleka zajmowało… godzinę!

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że jego przełyk i tchawica uwięzione są w pierścieniu naczyniowym uniemożliwiającym porządne jedzenie i oddychanie.

Gdy kończył, przychodziła pora ściągania pokarmu na kolejny posiłek.

Byłam niewolnicą zegara.

Dom spał, a ja zasuwałam jak całodobowy bar mleczny.

W końcu dochodziło do absurdów: a to zasypiałam ze zmęczenia przy buczącym laktatorze, przy okazji wylewając do łóżka, to czym zdążyłam już napełnić butelkę, a to budziłam się z obłędem w oczach… szukając Borsuka na podłodze pod łóżkiem, bo wydawało mi się że jeszcze przed chwilą miałam go na rękach przy karmieniu, a teraz mi zniknął.

Byłam pewna, że mi wypadł!

Uspokajałam się dopiero wtedy, gdy wzrok padał na łóżeczko, gdzie Borsuk chrapał w najlepsze.

Z diabła nie pamiętałam, kiedy i w jaki sposób go odkładałam, ale instynkt macierzyński (lub samozachowawczy) działał niezawodnie.

Ten system 3 godzinny tak wszedł mi w krew, że organizm do dziś go pamięta.

I nie ma znaczenia, że Borsuk ma już prawie 3 i pół roku.

On chyba też pamięta ten rytm, bo zdarza mu się budzić koło północy.

I o trzeciej nad ranem też.

Bo pobudka o 6:00 to już norma.

Były nocne przerwy na: picie, ataki kaszlu, płacz, bo śnił mu się jakiś koszmar.

I na nic zdawały się próby przytulania czy uspokajania – wierzgał jakby go ktoś wodą święconą oblewał.

Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego faceci zajmujący się dziećmi są tacy rześcy.

Dopiero potem poznałam tajniki ich super mocy.

Jeśli dziecko śpi, ojciec też się kładzie (matki w tym czasie cieszą się, że mogą ogarnąć dom żeby nie wyglądał jak melina, wstawiają pranie, prasują, płacą rachunki, robią listę zakupów i prawie jak Bóg – zawiadują światem).

Ojcowie natomiast wykorzystują KAŻDĄ (!) okazję, żeby przyłożyć głowę do poduszki.

Są jak leniwce, które zawsze i wszędzie potrafią odwrócić się „kołami w górę”.

Matki nawet w nocy mają wrażenie, że sen to marnowanie czasu.

Normalnie Robokopy w spódnicach.

A raczej w dresach lub zapaćkanych dżinach, bo to się rozleje, tam się zapaćka, a tu jeszcze uleje…

Nie pamiętam kiedy przespałam całą noc.

Nawet jeśli Borsuk komarzy bez przerw, to mój wewnętrzny budzik dzwoni jak oszalały, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku.

Już widzę jak Aśka – mama Jasia przewraca oczami i mówi, że ja jakaś nienormalna jestem.

Ona przesypia całe noce, chodzi do fryzjera, do kosmetyczki, jeździ na urlopy, robi sobie weekendy bez dziecka na wietrzenie mózgu…

A ja… no cóż…

Farba z Biedronki, ciuchy z lumpeksu, maseczka z oliwy, miodu i cytryny… a jedyny czas, który mam dla siebie to ten, gdy Boro zasypia koło 21:00 wieczorem, a ja mogę poczytać coś dorosłego.

Zwykle jednak po kilku stronach łeb wpada mi między kartki i tak już zostaje.

Leżę jak ta ofiara mordercy, o którym właśnie czytam.

Po jakichś 3 godzinach wybudzę się na tyle, by jak Zombie odłożyć książkę, zgasić światło i dowlec się do łóżka, z którego i tak zaraz wstanę, bo Borsuk znowu przygotuje dla mnie jakieś życie nocne.

Coś czuję, że jedyne wyjście żeby się zregenerować, to butelka wina i … bezzałogowy lot w kosmos.

Z wyłączonym radiem i brakiem kontaktu z bazą…

 

 

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Matka na skraju
    21 lutego 2017 at 23:57

    Pozdrawiam matkę na tym samym wózku! Laktator przyklejony do cycków przez dwa miesiące (później stwierdziłam, że chromolę, od mleka w proszku nikt nie umarł). Do dziś (co prawda jesteś ode mnie starsza dośwaidczeniem) 21 miesięcy nieprzespana ani jedna noc w całości. Nawet jak gówniak budzi się w nocy tylko 3 razy, ja co najmniej 7 🙁

    • Odpowiedz
      kate
      22 lutego 2017 at 09:18

      Matki zombiaczki lunatyczki. Może trzeba jakiś związek zawodowy założyć

  • Odpowiedz
    jadwiga
    22 lutego 2017 at 03:43

    U mnie siły z laktatorem wystarczyło na 3 tygodnie a później tylko mleko w proszku, nie dałam rady stress był za duży a oba cycki urwane
    j

    • Odpowiedz
      kate
      22 lutego 2017 at 09:20

      Ja ze dwa miesiące solidnej orki…

    Zostaw odpowiedź